Jak używać AI na LinkedInie i nie brzmieć jak bot: wnioski z podcastu Social Media Examiner
Dowiedz się, jak używać AI na LinkedInie i nie skończyć z łatką AI slopu. Najlepsze sposoby na pisanie postów z AI, komentarze na LinkedIn, najskuteczniejsze dni publikacji, wideo pionowe czy poziome i reklamy na LinkedIn.
Rafał Szymański
Wdrażam LinkedIn i Sales Navigator w firmach tak, aby był dochodowy
Szkolę z Linkedin od 2016 roku. Przeszkoliłem ponad 5000 osób w ponad 200 firmach B2B. Jestem założycielem B2B Marketing.AI, platformy CRM dla zaawansowanych użytkowników LinkedIn. Pomagam zespołom sprzedaży i marketingu zamieniać LinkedIn w przewidywalne źródło leadów. Mówiłem o LinkedIn na największych konferencjach jak I Love Marketing, InfoShare, Effie i zdobyłem za to kilka statuetek.
Opublikowano
W tym artykule znajdziesz wnioski z odcinka 738 „Social Media Marketing Podcast” o tym, jak używać AI na LinkedInie i nadal brzmieć jak człowiek: co LinkedIn robi z AI slopem, do czego AI nadaje się przy pisaniu postów, czy komentarze mogą zastąpić publikowanie, w jakie dni publikować, jaki format wideo wybrać i ile wersji reklamy ustawić w jednej kampanii.
Bardzo lubię tych autorów, ale (nie wiem jak Tobie) mnie się lepiej czyta skondensowane porady, niż słucha 45 minut gadania i wzajemnego poklepywania się po plecach.
Zacznijmy od próby ustalenia, czego LinkedIn właściwie od nas chce. Z jednej strony blokuje automaty i pozwala zgłaszać posty jako „AI slop”. Z drugiej dokłada kolejne funkcje oparte na AI. Zgadzam się z tezą Jerry’ego Pottera: „Use AI, but don’t let us notice you used AI”, czyli używaj AI, tylko tak, aby odbiorcy tego nie zauważyli.
Z tego artykułu dowiesz się:
- co LinkedIn zmienił w walce z AI slopem i czy widać efekty;
- do której części pisania posta AI się nadaje, a do której nie;
- po czym odbiorcy poznają tekst z automatu;
- kiedy komentowanie cudzych postów wystarczy zamiast własnych publikacji;
- w jakie dni publikuje AJ Wilcox i dlaczego nie dwa razy dziennie;
- co wyszło w jego testach formatu wideo i liczby kreacji w reklamach.
TL;DR: AI na LinkedInie w pięciu punktach
- LinkedIn deklaruje walkę z AI slopem, ale pod postami nie widać na razie różnicy: tych samych pięciu komentujących, wszyscy z automatu.
- AI przydaje się przed pisaniem i po pisaniu. Środek, czyli to, co wiesz z własnej pracy, piszesz sam.
- Masz 20 minut dziennie i nie wymyślasz nowych koncepcji? Komentowanie cudzych postów jest pełnoprawną strategią.
- Najlepsze efekty daje publikowanie we wtorki i czwartki, a jeśli tylko jeden dzień w tygodniu, to warto sprawdzić środę. Drugi post tego samego dnia zabiera zaangażowanie pierwszemu.
- W reklamach na LinkedInie najlepiej działają dwie kreacje w zestawie, najwyżej cztery. Odradzam przenoszenie nawyków z Mety.
Kto rozmawiał w odcinku 738
„Social Media Marketing Podcast” to cotygodniowy podcast serwisu Social Media Examiner, który prowadzi Michael Stelzner. W tym odcinku większość pytań zadawał współprowadzący Jerry Potter. Gościem był AJ Wilcox, założyciel i CEO B2Linked, agencji od reklam na LinkedInie, oraz prowadzący podcast „The LinkedIn Ads Show”.
Po co słuchać człowieka od reklam, skoro rozmowa jest głównie o postach i komentarzach? Bo w reklamach da się puścić tę samą treść w trzech wersjach i zmierzyć, która wygrała, a w treściach organicznych takiego testu nie zrobisz. Wilcox sam to podkreśla i zaznacza, kiedy mówi o teście, a kiedy o wrażeniu z własnego konta.

Czy na LinkedInie jest mniej AI slopu
Zacznijmy od tego, co LinkedIn ogłosił w ostatnich miesiącach:
- LinkedIn blokuje setki tysięcy prób automatycznego komentowania dziennie i miliardy prób automatycznego publikowania;
- każdy może zgłosić post albo komentarz jako Seems like AI slop;
- autor ma zobaczyć w analityce, że odbiorcy uznali jego post za mocno oparty na AI;
- funkcję Enhance Your Post, która przepisywała post za autora, zastępuje narzędzie do korekty.
Czy to widać? Wilcox odpowiedział krótko: „I see no difference”. Pod każdym jego postem pojawia się tych samych pięciu komentujących i wszystkich pisze automat. Stelzner ma jednego takiego stałego bywalca, zawsze pierwszego w komentarzach. Zgłasza go i nic się nie dzieje. Ja również widzę, kto komentuje z AI, i nie miałem problemu, żeby na szybko znaleźć dobry przykład.

Dlaczego oznaczenie posta lub komentarza jako AI nic nie zmienia? Zdaniem Wilcoxa zgłoszenie nie jest dziś karą, tylko informacją dla LinkedIna, który uczy się na nim, co ludzie uznają za bezwartościowe. Spodziewa się, że z czasem zgłoszenia zaczną wpływać na zasięg. Potter dorzucił, komu takie komentarze szkodzą już teraz. Otóż autorowi posta. Kiedy widzi pod czyimś postem same komentarze z automatu, myśli: „Why should I join that conversation?”, czyli po co mam się do tej rozmowy dołączać.
Padło też ostrzeżenie dla tych, którzy zobaczą u siebie informację o zgłoszeniach. Część będzie złośliwa, bo zgłosi Cię konkurent albo były pracownik. Jedno zgłoszenie nic nie znaczy, a jeśli jest ich dużo, pora przyjrzeć się własnemu stylowi. Z mojej perspektywy widzę kolejne zagrożenie z tym związane: obecnie problemem są tzw. engagement pods, czyli po polsku „tajne grupy wsparcia biznesowego na LinkedInie”, które jak dotąd tylko wzajemnie lajkują i komentują sobie posty. Obawiam się, że teraz zaczną masowo zgłaszać posty konkurentów jako AI slop.
Skąd cały ten bałagan? Wilcox uważa, że LinkedIn sam go sobie zafundował: jako firma Microsoftu, który zainwestował w OpenAI, pchał AI do każdej funkcji, chociaż łatwo było przewidzieć, że skończy się na botach rozmawiających z botami. Teraz wahadło leci w drugą stronę. Pisałem o tym samym wrażeniu („boty piszą posty, a inne boty je komentują”) we wpisie Jak działać na LinkedIn w 2026 roku, a o tym, jak rozpoznać konto, za którym nie stoi człowiek, we wpisie o fałszywych kontach i spam botach.
Do czego używać AI przy pisaniu postów na LinkedIn
Wilcox dzieli pisanie posta na trzy części i w dwóch z nich AI mu pomaga:
- Przed pisaniem: opowiada AI, co chce powiedzieć, i prosi o rozwinięcie pomysłu oraz listę punktów, które powinny paść.
- W środku: pisze sam, bo tu jest jego wiedza. Według niego tego właśnie brakuje tekstom, które ludzie nazywają slopem.
- Po pisaniu: prosi o poprawienie czytelności, żeby tekst dało się przebiec wzrokiem.
Brzmi znajomo? Pisałem o „wikipedyzacji” treści: post z definicją marketingu AI wygeneruje w trzy sekundy, ale nie podrobi Twoich porażek ani tego, co z nich wyniosłeś. Odsyłam do moich wystąpień z I Love Social Media, gdzie dokładnie to omawiam.
A dyktowanie? Stelzner przyznał, że komentarze coraz częściej dyktuje, bo mówi szybciej, niż pisze, i że widzi w komentarzach coraz więcej długich, porządnie sformatowanych akapitów, które wyglądają na podyktowane. Wilcox nie ma z tym problemu i slopem tego nie nazywa. Zwrócił tylko uwagę, że piszemy inaczej, niż mówimy, więc podyktowany komentarz będzie brzmiał inaczej niż Twój post. Jeden z moich postów na LinkedInie, ten o limicie 1000 znaków w komentarzu, też był podyktowany, do czego przyznałem się w PS do niego. Fajnie się poniósł i w sumie mam w planach dopracować ten sposób przygotowywania publikacji.
Po czym odbiorca poznaje AI slop w poście? W rozmowie padły cztery sygnały:
- pauza, czyli długi myślnik (em dash);
- konstrukcja „It’s this, not that”, po polsku „to nie jest X, tylko Y”;
- dramatyczne otwarcia w rodzaju „This is silently killing you”;
- emoji w komentarzach.
Wilcox z pauz zrezygnował całkiem i woli wstawić zwykły łącznik, nawet jeśli to błąd. Potter poszedł w drugą stronę i ma w stopce maila dopisek „Proud longtime em dash user”. Bywa.
Ja stosuję miks obu rozwiązań przy przygotowywaniu publikacji, także tej:
- jako osoba wymęczona prawidłową edukacją stosowałem pauzy i myślniki poprawnie, a teraz mam skill do Claude’a, który stara się je usuwać i przepisywać zdania inaczej;
- ten sam skill i narzędzie do pisania postów w CRM-ie do LinkedIna trzymają bazę moich ulubionych sformułowań (nawet jeśli są błędne), listę terminów branżowych, których mają nie poprawiać, itd.;
- mam mały model AI oparty na polskim modelu Bielik, który sugeruje mi, jak przepisać tekst, aby był bardziej zrozumiały dla polskiego odbiorcy, ale nie był AI slopem. Tak zwane modele frontier od OpenAI, Anthropic czy Google są naprawdę słabe w pisaniu po polsku.

Komentarze zamiast postów: czy 20 minut dziennie wystarczy
Potter zadał pytanie bliskie temu, co najczęściej słyszę na szkoleniach („chcę zacząć, ale publikowanie jest poza mną”): ktoś ma 20 minut dziennie na LinkedIna, to czy może po prostu komentować zamiast publikować? Wilcox: „I think so”. Z jednym wyjątkiem: jeśli naprawdę wymyślasz nowe rzeczy i chcesz być z nimi kojarzony, musisz zacząć publikować.
Tłem pytania były trzy zmiany, które Potter przytoczył za LinkedInem: komentarze mają być widoczne bez klikania, czas spędzany w komentarzach wzrósł o 18% rok do roku, a zamiast jednego „najlepszego” komentarza każdy ma widzieć na górze inny, dobrany pod siebie.

Dla mnie to żadna nowość. Od dawna powtarzam, że komentarze mają większy zasięg niż posty i że wolę trzy do pięciu pogłębionych komentarzy dziennie niż jednozdaniowe „super publikacja!”. O licznikach wyświetleń pod komentarzami pisałem, kiedy LinkedIn dopiero je testował: Komentarze na LinkedIn jako dobry start.
Co Wilcox do tego dokłada?
- feed układa się sam z tego, z kim wchodzisz w interakcje i z kim piszesz w wiadomościach, więc zacznij od ludzi, a nie od ustawień;
- szukaj tam, gdzie są Twoi klienci, a nie koledzy z branży. On po hashtagu o reklamach na LinkedInie znajduje samą konkurencję, więc klientów szuka po szerszym temacie, czyli marketingu B2B;
- komentuj w pierwszej godzinie albo dwóch po publikacji, bo większość jego postów opublikowanych rano wieczorem już nie żyje;
- nie przyklejaj się do każdego posta największego influencera w branży;
- kończ komentarz pytaniem. Jego ulubione to „Am I wrong, or what am I missing?”, czyli: mylę się, a może coś mi umknęło?
Skąd to ostatnie? Kilka lat temu szef stron firmowych LinkedIna powiedział Wilcoxowi, że najbardziej interesuje ich wskaźnik, który nazwał comment density: nie liczba komentarzy, tylko głębokość rozmowy. Dziesięć razy „Thanks, bro” nie robi z posta wartościowej dyskusji, a wymiana zdań, w której ktoś dopytuje i ktoś odpowiada, robi. Wilcox zakłada, że profile osobiste są oceniane podobnie, ale to już jego domysł.
Stelzner dorzucił dwie rzeczy z perspektywy autora. Nie odpowiada na komentarze, do których ktoś dokleił „a co Ty o tym sądzisz?” tylko po to, żeby wymusić odpowiedź. A najwięcej komentarzy zbierają posty, z którymi ludzie się nie zgadzają, czego sam nie lubi i nie prowokuje. Wilcox zapytał go wtedy, jak napisać komuś, że nie ma racji, i nie wyjść na chama. Recepta Stelznera: podziękować za opinię, znaleźć coś, co da się szczerze pochwalić, i dopiero potem napisać „I have a slightly different take”. Potter dołożył zasadę z serialu „Ted Lasso”: „Be curious, not judgmental”. Zamiast pisać „nie zgadzam się”, zadaje pytania, aż rozmówca sam musi uzasadnić swoją tezę. Podobno działa też na dzieci.
Moją historię o tym, jak komentarz pod postem Pawła Tkaczyka trafił potem na jego szkolenia, znajdziesz we wpisie o algorytmie i zasięgach.
Jak często publikować na LinkedIn
Wilcox publikuje we wtorki i czwartki. Dlaczego nie w poniedziałek? Bo wtedy publikują wszyscy i post ginie w tłumie. W piątek ludzie są już myślami gdzie indziej. Kiedy ma tylko jeden post w tygodniu, daje go w środę.
Poniedziałek znam z polskiego podwórka. Nazywam to efektem postanowień noworocznych: w niedzielę wieczorem postanawiamy „będę budował markę” i w poniedziałek wszyscy zasypują feed. Opowiadałem o tym w podcaście Escola Mobile.
A dwa posty jednego dnia? Tu Wilcox ma obserwację z własnego konta. Pierwszy post zbiera zaangażowanie do chwili, w której pojawia się drugi, a potem drugi zabiera mu wszystko. Zapytany o influencerów, którzy publikują kilka razy dziennie, odpowiedział, że jeśli komuś to działa, niech nie naprawia. On patrzy w swoje dane.
Co z postami, które wracają po tygodniu? Wilcox mówi, że LinkedIn zapowiedział dłuższe życie postów mniej więcej pół roku temu i że trochę to widać, ale i tak najwięcej dzieje się przy ostatnim poście. Kiedy post mu „wystrzeli”, komentarze przychodzą jeszcze dwa, trzy dni. O starszych postach w feedzie pisałem już we wpisie LinkedIn promuje stare posty.
Ja mam podobne podejście, ale w odróżnieniu od prowadzących podcast mam też dane z dziesiątek tysięcy postów na LinkedInie. Na początku zbierałem dane o wynikach każdego posta: liczyłem lajki i komentarze, długość posta i długość komentarzy, a potem zestawiałem to z dniem i godziną publikacji, aby znaleźć klucz do najlepszych rozwiązań. To na pewno dobra metoda i wnioski z tych badań stosuję u siebie i u klientów, ale Ciebie zachęcam do innego podejścia: publikuj wtedy, kiedy na LinkedInie są Twoi fani, czyli osoby, które mogą Twój post zobaczyć i na niego zareagować.
W CRM-ie dla LinkedIna dopisaliśmy nową funkcję do zakładki z analityką publikacji. Buduje ona bazę wiedzy o osobach, które możemy nazwać naszymi fanami: kto i jak mocno nas wspiera, w jakich dniach i o jakich porach bywa na LinkedInie i kiedy sam publikuje (bo może warto się zrewanżować i go wesprzeć?).

Jak myślisz, które podejście jest skuteczniejsze: losowe szukanie dnia i godziny publikacji czy zbadanie najpierw zwyczajów odbiorców?
Transmisje na żywo, klipy AI i format wideo
Kolejna nowość, którą przytoczył Potter: AI ma analizować transmisje na żywo, wybierać z nich najlepsze momenty jako krótkie klipy (długość da się zmienić) i dzielić nagranie na rozdziały. Według komunikatu dostają to wszyscy na świecie. Potter robi co tydzień transmisję z profilu osobistego i u siebie tego nie znalazł, więc podejrzewa, że na razie działa tylko na stronach firmowych.
Ja też na razie nie widzę tego u nikogo, więc zaczekam z opinią, aż będę mógł przetestować.
Czy to powód, żeby zacząć robić transmisje? Wilcox twierdzi, że nie. Funkcja naprawia powtórki, których do tej pory nie dało się nawet porządnie przewinąć, ale nie przyprowadzi nikogo więcej na żywo. Jego zdaniem powinna była wyjść dwa, trzy lata temu.
Dłuższy fragment dotyczył formatu wideo. Agencja Wilcoxa puściła w reklamach tę samą treść w trzech wersjach: poziomej, kwadratowej i pionowej. Skoro 80% zaangażowania na LinkedInie pochodzi z telefonów, powinien wygrać pion, prawda? Wygrało poziome 16:9, i to we wszystkim: w zaangażowaniu, czasie oglądania i odsetku obejrzeń do końca. Stelzner podsunął wyjaśnienie: przy poziomym wideo na ekranie mieści się jeszcze tekst posta. Wilcox dołożył drugie: kiedy pion zajmuje cały ekran, nie widać przycisków reakcji i komentarza, więc ludzie rzadziej w nie klikają.
Tu się z Wilcoxem rozjeżdżam, bo we wpisie o działaniu na LinkedInie w 2026 roku napisałem, że działa pionowe wideo, a poziome nie. On sam zastrzega, że mierzył reklamy i nie wie, czy w treściach organicznych jest tak samo. O obrazach powiedział coś jeszcze innego: w reklamach wygrywa u niego kwadrat, a o formacie 4:5 słyszał dobre opinie, ale go nie testował.
Ja mam dane z analityki postów organicznych i są jednoznaczne: najlepsze wyniki mają posty z pionowym wideo, a nie poziomym. Oczywiście nie porównujemy tutaj ściśle A/B, ale piszę o wideo puszczanych z tego samego konta użytkownika w różnych formatach, z podobną treścią i publikowanych w tych samych dniach i godzinach.
Na koniec tego wątku rada dla każdego, kto nie może zaciągnąć prezesa przed kamerę. Nie każ mu nagrywać „filmiku”. Posadź go i zadaj serię pytań, a potem wytnij najlepsze odpowiedzi. Wilcox nagrywa takie rozmowy w Descript, SquadCast albo Riverside, bo Zoom i Google Meet obniżają jakość obrazu i dźwięku. Stelzner używa StreamYard i mówi, że AI coraz lepiej radzi sobie z samodzielnym wyszukiwaniem najlepszych fragmentów. Do reklam kierowanych do ludzi, którzy firmy nie znają, Wilcox celuje w 30 do 40 sekund.
Tę radę biorę dla siebie, dlatego na blogu będą się pojawiały właśnie takie artykuły wybrane z moich i nie tylko moich podcastów.
Reklamy na LinkedIn: ile kreacji w jednym zestawie
Potter przytoczył liczbę z komunikatu LinkedIna: reklamodawcy, którzy testują więcej niż pięć wariantów reklamy, mają o 20% wyższy CTR niż ci z jedną. Do tego LinkedIn dołożył narzędzia AI, które te warianty piszą, i brand kity.
Ciekawych odsyłam do strony pomocy LinkedIna: Create ads using the brand kit in Campaign Manager.
Czy narzędzia są dobre? Wilcox testował je sporo i mówi, że efekt jest taki sam, jak po wklejeniu logo i opisu marki do ChatGPT. Plus jest jeden: nie trzeba niczego kopiować między oknami. Na razie piszą tylko nagłówki i wstępy, a on i tak wszystko poprawia ręcznie.
Ciekawiej zrobiło się przy pytaniu, czy w takim razie robić więcej wariantów własnymi siłami. Wilcox: nie polecam. Dlaczego, skoro LinkedIn mówi co innego? Bo według niego pięć i więcej kreacji w jednym zestawie znosi limit częstotliwości i reklama może trafiać do tej samej osoby częściej niż dwa razy dziennie. Wchodzisz wtedy w więcej aukcji i podnosisz ceny sobie oraz wszystkim dookoła. A LinkedIn i tak wybierze jedną albo dwie najlepsze wersje i im odda większość wyświetleń. To jego twierdzenie, nie komunikat LinkedIna.
Co zaleca zamiast tego?
- dwie kreacje w zestawie, najwyżej cztery;
- kreacja to jedna wersja reklamy, czyli jeden obraz z dwoma różnymi wstępami to już dwie kreacje;
- najlepszą reklamę z Mety przenieś i sprawdź na LinkedInie, ale nie karm LinkedIna treścią tak jak Mety. Jego słowami: „Meta loves lots of content. LinkedIn does not”.
Trudno mi dyskutować z osobą, która zajmuje się tylko LinkedIn Ads, ale moje doświadczenia są bardzo podobne. Między innymi dlatego w agencji budujemy własną wiedzę o LinkedIn Ads: większość ekspertów z rynku, z którymi pracowałem albo którym próbowaliśmy zlecać kampanie, ślepo kopiowała taktyki z Mety, które nie działają, a potem narzekała na LinkedIna.
Co z tego odcinka zabieram dla siebie
Po pierwsze, komentarze. Mówię o nich na szkoleniach, a Wilcox dokłada do tego dwie rzeczy do sprawdzenia od ręki: okno pierwszej godziny, dwóch po publikacji i pytanie na końcu komentarza skierowane do innych czytelników, a nie do autora.
„Złota godzina od publikacji” to mit, jeśli chodzi o budowanie zasięgu, ale zgadzam się, że z kolei taktyka „spray and pray”, którą bym na polski przetłumaczył jako „opublikuj, olej komentujących i módl się o zasięgi”, też nie jest dobrym pomysłem. Po prostu tak jak pielęgnujesz posty, tak pielęgnuj relacje z odbiorcami, odpowiadając na ich komentarze.
Po drugie, liczby LinkedIna. 20% wyższy CTR podaje firma, która zarabia na każdym dodatkowym wyświetleniu reklamy, a człowiek, który od lat kupuje u niej reklamy, mówi klientom coś odwrotnego. To samo pisałem po Talent Connect: liczby ze sceny to marketing.
Po trzecie, format wideo. Jego test dotyczył reklam, a moje dane postów organicznych, i w nich wygrywa pion.
Jeśli chcesz, żeby Twój zespół pisał na LinkedInie posty i komentarze, po których widać, że stoi za nimi człowiek, zajrzyj na szkolenia LinkedIn dla firm.
A Ty zgłosiłeś już komuś komentarz jako AI slop? I co się potem stało?
Źródła
- How to Use AI on LinkedIn While Sounding Human, „Social Media Marketing Podcast”, odcinek 738, Social Media Examiner, 1 października 2026
- Notatki do odcinka na stronie Social Media Examiner
FAQ — AI na LinkedInie
Może zrobimy coś wspólnie?
Jesli podoba Ci się to co piszę, może mogę napisać coś dla Ciebie?